Oboje urodziliśmy sie w roku 1978. Moja Żona Kinga w Bochni, ja w Bytomiu. Już dzieckiem będąc w wózeczku, podczas pierwszych spacerów, zdradzałem wielkie kynologiczne zamiłowania, ku przerażeniu moich rodziców, pchając łapki w paszcze największych wilczurów.
Pierwszy pies w moim domu to był angielski cocker spaniel - Altus. W owym czasie panowała moda na tę rasę, a na naszym osiedlu biegało chyba z 6 spanieli. Nasz Altus był psem bez rodowodu, jednym z tych "nadliczbowych"
w miocie. Kupiony na bazarze, przeszedł chyba wszystkie możliwe choroby wieku szczenięcego, łącznie z nosówką. Ratowany dzielnie przez lekarzy weterynarii z Kliniki w Katowicach Brynowie, był moim największym przyjacielem.
Spaliśmy w jednym łóżku, a bywało, że i jedliśmy z jednego talerza. W tamtych czasach pies jak dostał czasem parówkę to rzucał się na nią i zjadał ze smakiem :)
Po 89 roku czasy się zmieniły, mój kolejny pies - Mieszaniec Aron, nie chwycił się już parówki, no chyba, że był bardzo głodny. Przyniosłem go do domu wbrew woli rodziców. No cóż, raczej nie podzielali moich zamiłowań.
Przyszedł czas liceum, rozwijania pasji akwarystycznych i terrarystycznych. W 95 roku pojechałem na pierwszą wystawę psów rasowych. Była to wystawa w Bytomiu. Od tamtej pory nie przestawałem marzyć o psie rasowym, z rodowodem, o własnej hodowli, przydomku hodowlanym.
Podjąłem decyzję o studiach na Akademii Rolniczej w Krakowie na Wydziale Hodowli i Biologii Zwierząt. Do dzis troszkę żałuję, ze wystraszyłem sie weterynarii...
Aron został w rodzinnym Chorzowie, a ja mieszkając na stancji musiałem się ograniczyć do posiadania akwarium.
Na studiach poznałem obecną żonę - Kingę, a na pierwszą randkę zaprosiłem ją nie gdzie indziej, a do Krakowskiego Zoo. Szczęśliwie podzieliła moje zamiłowania i dała się wciągnać w tą animalistyczna pasję.
Praktyki studenckie odbyliśmy między innymi właśnie w Krakowskim zoo, gdzie przeżyliśmy cudowną, trwającą 2 miesiące przygodę.
Po ukończeniu studiów jeździliśmy jako widzowie na wystawy psów i już wspólnie marzyliśmy o psie rasowym.
Problem polegał na tym, że musieliśmy przekonać teściów, u których mieszkamy, że pies w domu to nic strasznego. Oni zawsze byli zdania, że pies owszem ,ale w ogrodzie albo przy budzie. Wreszcie w roku 2003 spełniło się nasze wielkie marzenie. Po wielu naradach, studiowaniu literatury, przeglądaniu internetu, wpadliśmy na właściwy trop. I tak pojawiła się w naszym domu PANDA- buldożka francuska.
Co będzie dalej? Na razie dużo czasu zajmuje nam wychowywanie najnowszego przedstawiciela naszej rodziny: naszej córeczki Sandry. Zobaczymy jakie rasy jej się spodobają. Mamy nadzieję, że odziedziczy po nas nasze zamiłowania...

>
Panda na razie wykazuje duże zainteresowanie nowym członkiem "stada", czasem bywa zazdrosna i usiłuje zwrócić na siebie uwagę, ale mamy nadzieję, że jak to zwykle u buldożków bywa, będzie wspaniałą towarzyszką naszej córeczki.
Jak widać na poniższej fotografii panda postanowiła zasmakować uroków bycia dzidziusiem i wskoczyła Kindze na kolana, naśladując leżącą tam zazwyczaj Sandrę.

Sandra ma już dwa lata, a my jesteśmy zachwyceni jej wspanialym zgraniem z Pandą! Nasza córka robi z psem co chce i tylko musimy pilnować aby nie zrobila pandzie krzywdy! jezdzi na niej jak na koniku pokazuje jak sie robi "patataj", po chwili wkłada pandzie rękę do pyska, bo tamta wcina jej jakis klocek, za moment przewraca się na nią w biegu. Panda reaguje ze stoickim spokojem,
pozwalając na to wszytsko bez zmrużenia oka. Czasem kiedy ma juz dosyć po prostu ucieka na swoje miejsce, choć i tam jeśli nie zdażymy zareagować, nie ma spokoju. Musimy więc wlaściwie chronić psa przed dzieckiem, a nie odwrotnie! A ja już widzę w marzeniach naszą Sandrę na pokazie mlodego prezentera :)
W 2009 roku ziściły się nasze marzenia i zamieszkaliśmy w nowym domu. 15 arowy teren pozwoli nam w przyszłości na zalożenie ogrodu gdzie hasać będa mogły nasze psy. Domek jest niewielki ale dla naszej gromadki wystarczy.
